Wc/eśniej czy później musiało do tego dojść. Jednak to Billy pierwszy odważył się powiedzieć mi to prosto w oczy. Jego ro-d/.iMistwo było chyba grzeczniejsze, a może tamci po prostu bar-il/iej chcieli wierzyć. Prawdziwość moich opowieści zawsze mo-;'li dla nich potwierdzić starsi. Często pytali mnie o Franky'ego, l>ylania te dotyczyły także spraw nie związanych z bajkami. Fran­ky ciekawił ich, stanowił ważną część ich życia. Może Billy'emu l n ul niej jest weń wierzyć, od tylu lat jest w zasadzie jedynakiem. Ilard/o różni się od swego starszego rodzeństwa. Nie mogę wprost uwierzyć, jak bardzo mnie zranił mówiąc, /.c nie wierzy już we Franky'ego Furbo. Nie wiem nawet, co po­winienem odpowiedzieć. Chcę, by wierzył wraz ze mną. Chcę s/anować jego poglądy, ale muszę pozostać wierny sobie. — Ależ, Billy, Franky Furbo istnieje! Sam go widziałem. Mie­ ś/kałem w jego domu. Bardzo dobrze go znam. Przecież cię nie okłamuję. — Wiem, że nie kłamiesz, Tatusiu, po prostu opowia­ dasz bajki. To nie to samo, co kłamstwo. Sam przecież próbowałeś nauczyć mnie, każde z nas, jak to robić.